Moja
miłości...
Objął go.
Przytulił.
Po prostu.
Ręka szczypała i piekła.
Lecz nie poluzował uścisku.
Niall objął go w pasie. Z całych
sił. Przyległ do niego, szukając pocieszenia.
To, czego chciał Zayn, miał
właśnie tutaj. Przedtem całe noce i dnie przeszukiwał świat, próbując odnaleźć
to, co miał na wyciągnięcie ręki.
Chciał go pocałować.
Musnąć jedynie delikatne usta.
Poczuć ich smak.
Zatracił się w fantazji, ale nie
zrobił tego. Było za wcześnie.
I choć ten moment mógł nigdy nie nadejść, musiał uzbroić się w
cierpliwość. Wieczność jest długa.
Nie wiedział wtedy, że tak bardzo.
Póki co, był przyjacielem.
I za każdym razem, gdy ukochany krzyknie, gdy upadnie i nie będzie w stanie wstać, ponieważ będzie zbyt ciężko,
gdy przyjaciół, na których polegał, nie będzie w pobliżu - poczuje smak jego
miłości.
Blondyn odsunął się i zlustrował
wzrokiem towarzysza.
Coś w nim umarło. I nie mógł
tego odzyskać.
Zayn był jedyną nadzieją na
jutro. Nadzieją, że kiedyś wyprostuje się, otrzepie.
I kiedyś będzie w stanie go
pokochać.
Tak, jak on kocha jego.
-
Tak wiele dni minęło odkąd mnie opuściła. Znów muszę zacząć żyć. Pomożesz mi? -
najdłuższa wypowiedź chłopaka brzmiała mniej więcej tak.
Mulat spojrzał na niego
zaskoczony.
Jednak w momencie, w którym
pomiędzy ogromem płynnego błękitu na kształt bezchmurnego nieba jakim były jego
oczy, dostrzegł zaufanie, powiedział:
-
Zawsze.
Odwrócił się i znów zasiadł przy
stole. Wziął do ręki łyżkę i zaczął jeść.
Przychodziło mu to z trudem, ale
robił to dla niego.
A ekscytacja Zayna rosła z każdą
włożoną do ust porcją.
Powoli odzyskiwał przyjaciela.
Następnego dnia poprosił go,
żeby zabrał go tam.
W miejsce, w którym mieszkał.
W miejsce, w którym to zrobił.
Zayn niechętnie przystanął na
propozycję.
Wsiedli do samochodu i zawiózł
go.
Zaparkowali na podjeździe.
Siedział jeszcze przez chwilę na miejscu pasażera. Zerknął na Zayna, doszukując
się w jego wzroku aprobaty, ale nie znalazł jej tam.
Bo Zayn bał się.
Bał się, że z jedną chwilą
wszystko, co budował przez ostatnie dni, obróci się w gruzy.
Strach, że znów go straci
paraliżował go.
Na wspomnienie ciszy dostawał
dreszczy, a do oczu napływały mu łzy.
Nie chciał być sam.
Nigdy więcej.
Niall wstał. Wyszedł z pojazdu.
Wspiął się po schodkach i
przekręciwszy klucz w zamku, otworzył drzwi.
Kilka głębokich oddechów nie
pomogło - panika ogarniała jego ciało, wiedział, że nie poradzi sobie sam. Odwrócił
się zatem i zerknął niepewnie na przyjaciela, który zrozumiał jego przekaz bez
słów.
Zniknęli za drzwiami budynku.
Lecz w środku wcale nie było
lepiej. Ktoś tam posprzątał - najprawdopodobniej ona. Wszystko wydawało się tak
sterylnie czyste, poukładane, jakby nikt wcześniej tam nie mieszkał.
I to bolało blondyna
najbardziej.
Nie miał punktu zaczepienia.
Brakowało dowodu, że
kiedykolwiek istniał ktoś taki, jak Rosie Sullivan.
Jego kości drętwiały.
Gdy przekroczył próg
biblioteczki, trząsł się z napięcia.
Drżał, wspominając.
Pogładził palcem oparcie fotela,
w którym zwykła siadywać. Mimowolnie zahaczył łydką o wystający podnóżek.
Nie wyczuwał wszędzie jej
obecności, jak w dniu, w którym strzelił.
Nie oddychał jej zapachem.
Na półkę z książkami
spojrzawszy, dostrzegł, że jedna z nich wystaje minimalnie.
"Ręka mistrza"
Stephena Kinga.
Chwycił ją w dłonie.
Po chwili spadła na ziemię, a w
jego ręce pozostał jedynie świstek, który w niej znalazł.
I wszystko wróciło.
zostaw
swoją samotność daleko...